BIBLIOTEKA INTERNETOWA Strażnicy
BIBLIOTEKA INTERNETOWA
Strażnicy
polski
  • BIBLIA
  • PUBLIKACJE
  • ZEBRANIA
  • w61/7 ss. 13-16
  • Zmierzając do celu mego życia

Brak nagrań wideo wybranego fragmentu tekstu.

Niestety, nie udało się uruchomić tego pliku wideo.

  • Zmierzając do celu mego życia
  • Strażnica Zwiastująca Królestwo Jehowy — 1961
  • Podobne artykuły
  • Zmierzając do celu mego życia
    Strażnica Zwiastująca Królestwo Jehowy — 1962
  • Zmierzając do celu mego życia
    Strażnica Zwiastująca Królestwo Jehowy — 1960
  • Zmierzając do celu mego życia
    Strażnica Zwiastująca Królestwo Jehowy — 1960
  • Wdzięczny za wspaniałe życie wypełnione służbą
    Strażnica Zwiastująca Królestwo Jehowy — 1984
Zobacz więcej
Strażnica Zwiastująca Królestwo Jehowy — 1961
w61/7 ss. 13-16

Zmierzając do celu mego życia

Opowiada Hazel O. Burford

CZY kiedy pragnąłeś czegoś tak bardzo, że ci się zdawało, iż tęskni do tego każda cząstka twego jestestwa? Jak niewymowne rozpierało cię szczęście, gdy to osiągnąłeś! A w takim razie wiesz, co dla mnie oznaczała służba pionierska! Od czasu, gdy się w wieku czternastu lat oddałam Bogu, celem, do którego zmierzałam w życiu, było spełnianie tego, co wówczas ślubowałam, mianowicie, aby cały swój czas, całą siłę i energię zużywać na studiowanie, by potem moc innym służyć pomocą w poznaniu prawd, które mnie samą tak uszczęśliwiły. Tekst Rzymian 12:1 oznaczał dla mnie służbę pełnoczasową. Dlatego lata, kiedy chodziłam jeszcze do szkoły średniej, nie pozostały mi w pamięci jako najszczęśliwsze.

Potem skończyłam naukę w tej szkole, ale to jeszcze nie oznaczało urzeczywistnienia mego wyśnionego celu. Rodzice, choć nie oddani Bogu, nigdy nie przeszkadzali mi w spełnieniu mego ślubowania. Byli zdania, że uczynili, co do nich należało, skoro mi dali wykształcenie. Teraz do mnie należało obrać sobie własną drogę. Wobec tego zwróciłam się ku temu, co w swoich zamiłowaniach stawiałam na drugim miejscu, i zostałam pielęgniarką. Szkolić się w tym kierunku zaczęłam w szpitalu dziecięcym w Denver, w stanie Kolorado [USA]; było to 1 września roku 1925. Praca sprawiała mi tam wielką radość, lecz zmierzanie do zasadniczego celu mego życia napotkało niebezpieczeństwo:

Z każdych dwudziestu czterech godzin musiałam prócz lekcji szkolnych i niezbędnego przecież uczenia się jeszcze dziesięć godzin pracować. Znaczyło to, że w zebraniach i służbie polowej zaczęłam brać udział raczej nieregularnie i w końcu było z tym u mnie już bardzo słabo, gdyż troski tego żywota mocno przeszkadzały wydawaniu owoców Królestwa. Gorliwość ostygła. Wtedy jednak pewien członek zboru w Denver udzielił mi wybornych rad biblijnych. Zawstydzona, lecz z pewną niechęcią przystałam na to, żeby w następną sobotę po południu spotkać się z grupą wyruszającą do służby. Poszłam; ale nikt się nie zjawił. Moja niechęć ustępowała powoli miejsca tęsknemu pragnieniu. Niechby już ktoś przyszedł; przecież chciałam wyruszyć do służby. Gdy tak przeczekałam całą godzinę, przeszły po mnie ciarki, bo mnie potępiało sumienie. Byłam opieszałą i na pewno Jehowa odwrócił się ode mnie! Powróciwszy do swego pokoiku w domu dla pielęgniarek, padłam na kolana i błagam o przebaczenie, jak też o możliwość dalszej służby. Po pewnym czasie uspokoiłam się znowu, gdyż postanowiłam czynić odtąd, co tylko będę mogła, a wynik pozostawić miłosiernemu i miłościwemu Bogu.

Lata, które minęły od owej chwili, dowiodły w całej pełni, że jedynie wtedy mam spokój wewnętrzny i zadowolenie, gdy czynię, co tylko mogę, aby dopełnić zobowiązania co do zmierzania ku celowi mego życia.

Jesienią roku 1929, gdy się zaczął kryzys gospodarczy, miałam szkołę dla pielęgniarek za sobą. Około trzydzieści absolwentek miało pierwszeństwo przede mną; w ogóle bardzo mało było posad, a i to tylko najbardziej nieprzyjemne. Niemniej w styczniu następnego roku (1930) otrzymałam za pośrednictwem znajomego naszej rodziny pracę u jednego z najlepszych, najbardziej znanych chirurgów na całym zachodzie [Stanów Zjednoczonych]. Dobra pensja, która co sześć miesięcy była podwyższana, i unormowany czas pracy umożliwiły mi udział we wszystkich zebraniach, a w soboty i niedziele wyruszałam do służby. Czegóż więcej mogłam sobie życzyć?

Celem moim była służba pełnoczasowa! Przekonałam się, że z powodu noszenia się z taką myślą nawet niektórzy z oddanych Jehowie uważali mnie za fanatyczkę. Ale wiedziałam, że się oddałam Bogu, aby Mu służyć wszystkim, co mam, i oczywiście też swoją osobą. Dlatego nie mogłam się zadowolić czymś mniejszym.

Następnie dowiedziałam się, że w lipcu 1931 roku ma się odbyć międzynarodowy kongres w Columbus, stan Ohio. Latem jest w Kolorado najwięcej pracy. W okresie od maja do listopada żaden z pracowników lekarza nie brał urlopu i dlatego udział w kongresie nie wchodził dla mnie w rachubę. Jednak nigdy dotąd nie uczestniczyłam w większym zgromadzeniu i w miarę zbliżania się terminu ogarniało mnie po prostu nieodparte pragnienie, aby tam się znaleźć. Zaoszczędziłam sobie około tysiąca dolarów i wobec tego 1 czerwca zrezygnowałam z posady oraz wypełniłam zgłoszenie do służby pionierskiej; przygotowywałam się też do podróży na kongres i postanowiłam poszukać sobie partnerkę, aby móc odtąd zmierzać do celu mego życia w służbie pełnoczasowej.

Kongres okazał się wspanialszy niżbym to sobie kiedykolwiek mogła była wyobrazić; był to cudowny start do obranego przeze mnie biegu życia. Musiałam się teraz postarać o partnerkę. Szukałam przede wszystkim kogoś, kto by już miał samochód, wnet jednak stwierdziłam, że tak robili też wszyscy inni, którzy zamierzali podjąć służbę pionierską. Dlatego za większą część moich oszczędności kupiłam samochód. Mocno ufając w obietnicę Jehowy, że się o nas zatroszczy, jeśli będziemy szukać najpierw Królestwa, pojechałyśmy potem z drugą dziewczyną do Teksasu, aby tam rozpocząć pracę. Ona również jeszcze nigdy nie była pionierką.

Próbowałyśmy wiele rzeczy i robiłyśmy błędy, aleśmy się uczyły na nich i miały przy tym dużo uciechy. Teren nasz rozciągał się we wschodniej części Teksasu, w pobliżu nowo odkrytego pola naftowego Gladewaters, dokąd jeszcze depresja gospodarcza nie dotarła. Rozpowszechniałyśmy dużo literatury, ale pieniądze nie starczały na wynajęcie umeblowanego pokoju. Złożyłyśmy więc swe niewielkie zasoby, kupiłyśmy sobie namiot i inne wyposażenie kampingowe, i zamieszkałyśmy pod lasem. Podczas pięknej pogody jesiennej było to wspaniałe! Oszczędzałyśmy benzyny i czasu na przejazdy, rozbijając namiot zawsze tam, gdzie skończyłyśmy pracę albo gdzie miałyśmy ją następnego dnia rozpocząć. Kiedy jednak zaczęły się deszcze zimowe, podczas których musiałyśmy się liczyć też z gradem i przejściowym śniegiem, byłyśmy zmuszone poszukać sobie innego dachu nad głową. Wynajęłyśmy jednoizbowy drewniany domek, jakie farmerzy stawiają tam dla swoich robotników, pracujących przy plantacjach bawełny. Luksusowy naprawdę nie był. Przynoszeniu wody, rąbaniu drzewa i gotowaniu nad otwartym ogniskiem miałyśmy tę pociechę, że sobie radziłyśmy z każda trudnością; głębokie zadowolenie płynęło z faktu, że uczyniłyśmy tak, „jakoś mi rozkazał”, i że niesiemy ludziom pomoc w poznaniu drogi życia. Bezustanny deszcz i prawie niemożliwe do przebycia drogi, jakimi musiałyśmy jeździć, aby dotrzeć do każdego domu w naszym terenie, nawet przyczyniały się do naszego powodzenia. Robotnicy z szybów naftowych, drwale i farmerzy codziennie pomagali nam wydostać się z błota. Zawsze chcieli wiedzieć, dlaczego dwie samotne dziewczyny przy takiej pogodzie i na takich drogach muszą dojechać do tego czy owego domu. Tak więc miałyśmy mnóstwo sposobności do wydawania świadectwa, siedząc na końcu prowizorycznej dźwigni z drewnianej belki, aby podnieść koła z błota, albo podsuwając pod nie kamienie. Zarówno nam, jak i samochodowi dawało się to bardzo we znaki, ale przy końcu takiego dnia zasypiałyśmy snem głębokiego zadowolenia.

Na wiosnę partnerka moja wyszła za mąż, a współpracę ze mną zaczęła siostra jej męża. Właściwie pracowaliśmy razem we czwórkę. Ponieważ wtedy jeszcze nie dokonywano odwiedzin ponownych i nie prowadzono domowych studiów biblijnych, przydzielony nam obszar opracowaliśmy do maja, a potem udaliśmy się do tak zwanego Panhandle, aby popracować tam w drodze na teren letni w stanie Kolorado, z którego pochodzę. Jednak miesiąc po naszym przybyciu w te strony moja dawniejsza partnerka razem z mężem przerwała na pewien czas służbę pionierską i w ciągu następnych pięciu lat pracowała ze mną tylko jego siostra. W dzieciństwie zapadła ona na paraliż dziecięcy i była wskutek tego zbyt nie zaradna przy różnych pracach fizycznych, które na odludziu trzeba wykonać samemu. W takiej robocie jak zmiana opon, smarowanie mechanizmów samochodu itp. mój udział był przeto większy. Ale znajomość Pisma Świętego była u mojej partnerki wyborna; jej wielka dojrzałość duchowa była mi rzeczywistą pomocą. Jej brat z żona urządzili nam przyczepę mieszkalną, która umożliwiła nam utrzymanie się nawet w terenach bardzo opornych. Przekonałyśmy się, jaka to różnica, gdy się trzeba obyć tym, co jest naprawdę niezbędne, albo gdy się ma jeszcze inne rzeczy, które się też uważa za potrzebne.

Słabe ciało mojej gorliwej, małej partnerki nie mogło jednak dłużej dotrzymywać kroku ochotnemu duchowi i wiosną roku 1937 musiała ona opuścić służbę pełnoczasową.

Zmierzając dalej do celu mego życia kontynuowałam służbę pionierską razem z pewną rodziną ze stanu Oregon. Dzięki ich wspaniałomyślnej pomocy mogłam z nimi pojechać do Kentucky, aby tan popracować i zdobyć środki na drogę do Columbus w Ohio, gdzie tego lata znowu odbył się kongres. Po kilkuletniej pracy w odległych terenach była to dla mnie prawdziwa uczta. Znalazłam też doświadczoną pionierkę, z którą zaczęłam współpracować. Plantacje bawełny w stanie Alabama okazały się terenem o wiele łatwiejszym od wielkich farm hodowli bydła w Teksasie. Rozpowszechniało się dużo literatury i to umożliwiło mi podróż do domu, aby odwiedzić słabowitego już ojca, którego nie widziałam od prawie ośmiu lat. W moim zborze macierzystym była pewna młoda siostra, która miała życzenie zostać pionierką, tylko jeszcze potrzebowała trochę pomocy, żeby wyruszyć, i ta przyłączyła się do mnie. Przez kilka lat pracowałyśmy razem na Południu, potem ukończyła ona Szkołę Galaad i służy teraz jako misjonarka w Salwadorze.

W roku 1941, kiedy pracowałyśmy na terenie oddalonym od zborów w zachodniej części stanu Kentucky, wzięłyśmy też udział w zgromadzeniu strefowym (odpowiednik dzisiejszych zgromadzeń obwodowych) w Cape Girardeau, stan Missouri. Byłam właśnie zadęta w stołówce przy przyrządzaniu kolacji, gdy zostałam wezwana do telefonicznej rozmowy zamiejscowej. Zaproponowano mi przywilej pomagania przy pielęgnowaniu brata Rutherforda, który wówczas leżał bardzo chory w szpitalu w Elkhart, stan Indiana. Zaskoczona wiadomością o jego chorobie i przejęta wielką odpowiedzialnością, jaką miałam wziąć na siebie, chciałam się zrazu od tego uchylić; jednak zawsze lękam się odmówić przyjęcia jakiegokolwiek przydziału służby, bo kto wie, czy wtedy jeszcze otrzymałabym inny, i dlatego przystałam na to z modlitwą. Opuściłam biuro kongresowe, aby natychmiast poczynić niezbędne przygotowania do swoich nowych obowiązków. Objęłam je, wchodząc trzydzieści sześć godzin później do pokoju naszego cierpiącego brata. Po tygodniu miałam razem z kilkoma innymi osobami przywilej towarzyszyć bratu Rutherfordowi do Kalifornii, gdzie przez następne osiem tygodni aż do jego śmierci w dniu 8 stycznia 1942 roku mieszkaliśmy w tak zwanym Beth-Sarim, czyli „domu książąt”. Gdybym nie była pionierką, nie zostałaby mi powierzona ta niezwykła, cenna służba, bo wszyscy jego współpracownicy i pomocnicy wywodzili się z szeregów głosicieli pełnoczasowych.

Z Kalifornii powróciłam bezpośrednio do Somerset w stanie Kentucky, do mojej dawniejszej grupy. Teraz napotkaliśmy tu prawdziwą opozycję, byliśmy kilkakrotnie aresztowani i spędziliśmy pewien czas w więzieniu, lecz skutkiem tego ukazało się korzystne dla nas orzeczenie stanowego Sądu Najwyższego w Kentucky, co otworzyło tam drzwi naszej działalności aż po dzień dzisiejszy.

W dziejach teokracji rok 1943 był rokiem szczególnym, gdyż otwarto wówczas Szkołę Galaad. Ku mojej niewymownej radości zostałam zaproszona do drugiej klasy, która miała rozpocząć naukę we wrześniu. Tego lata odwiedziłam swoją już owdowiałą matkę i przybyłam z nią na zgromadzenie okręgowe w Denver. Mój kubek radości napełnił się po brzegi, gdy byłam świadkiem jej chrztu przez zanurzenie. Potem pojechałam do Galaad, gdzie przez pięć miesięcy napawałam się największą radością, jakiej kiedykolwiek doznałam w życiu.

Następny rok równał się dla mnie prawdziwej walce. Tak rozpaczliwie tęskniłam za atmosferą nowego świata w Galaad, że niewiele brakowało, a popadłabym niezadowolenie z przydzielonego mi terenu pracy w Perth Amboy w stanie New Jersey. Zmuszałam się jednak do kroczenia na przód, żeby nie spuścić oka z celu mego życia, aż wreszcie odniosłam zwycięstwo i zaczęłam znowu mieć prawdziwą radość ze służby.

Następnie przyszła wiadomość, że czworo z nas ma pracować w Panamie. A to przecież wilgotna i gorąca strefa podzwrotnikowa! Zrazu pomyślałam, że w tym upale chyba niedługo wyżyję. Ale dodała mi otuchy myśl, że drudzy ludzie jakoś tam żyją od pokoleń. Dlaczego więc ja nie mogłabym tam pracować? I oto długie lata mojej pracy misjonarskiej na przesmyku panamskim wykazały niesłuszność początkowych obaw. Kiedy przybyłam tu dnia 28 grudnia 1945 roku, uświadomiłam sobie jeszcze jedną prawdę: że swoją rodzinę, swój lud znajdę wszędzie na całym świecie i że misjonarz nie potrzebuje tęsknić za ojczyzną albo czuć się osamotniony. Wczesnym rankiem następnego dnia pewien głosiciel z drugiej strony przesmyku stanął rześki i radosny przed naszymi drzwiami, aby nas odwieść samochodem do Colon na wybrzeżu atlantyckim, gdzie przydzielono nam teren pracy. Choć jego skóra była o wiele ciemniejsza od naszej, to jednak twarz jego promieniowała uśmiechom w duchu nowego świata; okazywał tę samą życzliwą uczynność, tę samą chęć usłużenia, co nasi bracia w tamtejszym Domu Betel. Od owego pierwszego poranku naszej znajomości w ciągu przeszło czteroletniej współpracy zarówno on, jak i drudzy nasi bracia i siostry nigdy nie byli zbyt zajęci lub zmęczeni, by nie pomóc nam przy pokonaniu jakiejkolwiek trudności w naszej nowej ojczyźnie. Tak skwapliwie udzielali nam wszelkiej pomocy w naszych zadaniach i współpraca z nimi układała się tak dobrze, że z radością widzieliśmy, jak ta początkowo mała grupka około 15 głosicieli rozrastała się w dobrze zorganizowany zbór liczący blisko 100 głosicieli. Mniej więcej po dwóch latach naszej pracy uznano za wskazane założyć odrębny zbór głosicieli mówiących po hiszpańsku i chociaż moja znajomość języka hiszpańskiego była jeszcze bardzo skąpa, otrzymałam przywilej współpracować z tym zborem od chwili jego powstania i nawet pełniłam w nim pewne obowiązki służbowe.

Kiedy organizacje zborowe w miastach na pograniczu strefy kanałowej funkcjonowały już bez przeszkód, Towarzystwo postanowiło pomóc ludziom dobrej woli w głębi kraju. Znalazłam się więc w roku 1950 wśród tych czterech misjonarek, które się miały przenieść do Chitre. Gdyśmy tu spróbowały głosić cenne poselstwo o Królestwie jako tako zrozumiale po hiszpańsku, poznałyśmy dopiero znaczenie owego cudu, który Jehowa sprawił przy wieży Babel. Od czasu zapoznania się w Galaad z elementarnymi wiadomościami z tego języka studiowałyśmy ciągle dalej i potrafiłyśmy nawet już dość dobrze czytać. Teraz jednak przekonałyśmy się dopiero, że w tych licznych sytuacjach, wobec których stanęłyśmy, nasza znajomość hiszpańskiego była całkiem niedostateczna, mniej więcej po upływie roku mimo wszystko został założony zbór, w którym my cztery siostry sprawowałyśmy pewne funkcje służbowe. Kiedy po dwóch latach pobytu w Chitre skierowano nas do Panama City, mogłyśmy pozostawić tam zbór złożony z ośmiu głosicieli, wśród których byli też miejscowi bracia wyszkoleni na sług. Dzięki błogosławieństwu Jehowy zbór w Chitre już po dwóch dalszych latach się podwoił.

W tym samym roku został też zorganizowany zbór bezpośrednio w strefie kanałowej. Najpierw składało sprawozdania ośmiu głosicieli; dwanaście miesięcy później było ich już dwudziestu. Błogosławieństwo Jehowy wszystkich nas wzbogaca i umacnia na duchu. W wielu miejscach pracujemy przez cały dzień w kamienicach czynszowych, przepełnionych brudem i śmieciami. Ale wieczorem wracamy do czystego, przytulnego domu misjonarskiego, utrzymywanego dla nas przez Towarzystwo, przez naszych braci. Ze wszystkiego, co przeżyłam widzę, że dobrze spędziłam ostatnie dwadzieścia parę lat w zmierzaniu do celu mego życia i mam nawet nadzieję, że pozostanę w służbie pełnoczasowej na zawsze — bez względu na to, jakie zadanie służbowe mi Jehowa przydzieli w swej łaskawości.

    Publikacje w języku polskim (1960-2026)
    Wyloguj
    Zaloguj
    • polski
    • Udostępnij
    • Ustawienia
    • Copyright © 2025 Watch Tower Bible and Tract Society of Pennsylvania
    • Warunki użytkowania
    • Polityka prywatności
    • Ustawienia prywatności
    • JW.ORG
    • Zaloguj
    Udostępnij