BIBLIOTEKA INTERNETOWA Strażnicy
BIBLIOTEKA INTERNETOWA
Strażnicy
polski
  • BIBLIA
  • PUBLIKACJE
  • ZEBRANIA
  • w60/16 ss. 15-16
  • Zmierzając do celu mego życia

Brak nagrań wideo wybranego fragmentu tekstu.

Niestety, nie udało się uruchomić tego pliku wideo.

  • Zmierzając do celu mego życia
  • Strażnica Zwiastująca Królestwo Jehowy — 1960
  • Podobne artykuły
  • Zmierzając do celu mego życia
    Strażnica Zwiastująca Królestwo Jehowy — 1960
  • Zmierzając do celu mego życia
    Strażnica Zwiastująca Królestwo Jehowy — 1961
  • Wdzięczny za wspaniałe życie wypełnione służbą
    Strażnica Zwiastująca Królestwo Jehowy — 1984
  • Misjonarze nadają rozmach dziełu na całym świecie
    Świadkowie Jehowy — głosiciele Królestwa Bożego
Strażnica Zwiastująca Królestwo Jehowy — 1960
w60/16 ss. 15-16

Zmierzając do celu mego życia

Opowiada Olaf Olson

W ROKU 1932 wracając pewnego wieczoru do swego pokoju sublokatorskiego, wstąpiłem do kolegi. W czasie rozmowy podniosłem leżącą u niego na szafce broszurę pod tytułem „Piekło”. Zapytał mnie, czy nie chciałbym jej przeczytać, więc wziąłem ją ze sobą. Chciałem wiedzieć, co też ona mówi o tym miejscu. Zdarzyło się później, że jakiś człowiek chciał się u fryzjera ostrzyc za kilka broszur tego samego rodzaju, i potem zamówiłem w Towarzystwie dalsze książki; takich właśnie szukałem. Pewnego dnia przyszła do mnie ciotka, gorliwa luteranka, aby się przekonać, czym się właściwie zajmuję; potrafiłem już obronić na podstawie Biblii to, czego się dowiedziałem. A po wizycie w domu pastora i zadaniu mu kilku pytań byłem jeszcze bardziej przekonany, że tam nie ma prawdy.

Ponieważ nie znałem żadnego zboru świadków Jehowy, nie miałem możności otrzymać pouczeń, lecz rozpocząłem głoszenie tak, jak umiałem najlepiej. Wkrótce potem stanąłem w drzwiach pewnej pani, która zapytała mnie, jak to się stało, że pracuję na jej terenie. „Co to za teren?” — rzekłem. „Proszę pani, staram się tylko znaleźć ludzi, którzy chcieliby czytać te książki.” Ta siostra zaproponowała mi, żebym w celu otrzymania pouczeń postarał się jeździć na zebrania świadków Jehowy do odległego o sto mil miasta St. Paul w stanie Minnesota. Tak też zrobiłem.

Na zebraniu spotkałem dwóch pionierów, którzy mnie zachęcili do wypełnienia formularza zgłoszenia do służby pionierskiej; prosiłem też Towarzystwo, aby mi przydzielono teren w pobliżu domu. Prócz tego urządziłem swój samochód w ten sposób, żebym podczas opracowywania terenów wiejskich mógł w nim nocować. Gdy wróciłem do domu, zastałem tam już przysłany z Towarzystwa przydział służby i zapasy literatury; byłem więc gotowy, aby jako pionier zmierzać do celu mego życia. Było to w roku 1933, ale dopiero 9 sierpnia 1934 roku miałem okazję dać się ochrzcić. W dwa dni po chrzcie przyłączyłem się do dwóch młodych braci w stanie Michigan i tej jesieni pracowaliśmy razem, posuwając się w kierunku południowym ku Zatoce Meksykańskiej. Świadczyliśmy w stanach: Wisconsin, Kentucky, Missisipi, a w końcu w Luizjanie. Był to wspaniały okres.

Na wiosnę wróciłem do górnej części stanu Michigan, a latem zostałem po raz pierwszy w mioim życiu aresztowany za głoszenie Słowa Bożego. Zostałem skazany i musiałem odsiedzieć dziesięć dni w wiezieniu powiatowym. Odpocząłem sobie i wyzyskałem czas na czytanie i głoszenie.

Następnego roku zacząłem znowu posuwać się na południe i wtedy doszło mnie zawiadomienie o konwencji w New Jersey. Zebrałem w Chicago kilku przyjaciół, z którymi wspólnie odbyłem podróż. Stamtąd udałem się do stanów Alabama i Kentucky, a następnie do miasta Evansville w stanie Indiana. Było tam dużo terenu do opracowania, a ja miałem chęć do służby.

W roku 1937 na konwencji w Columbus (stan Ohio) usłyszałem o „lotnym hufcu”. Byłem gotowy pójść, ale spodziewałem się, że Towarzystwo przydzieli mnie do któregoś miasta w stanie Kentucky, ponieważ miałem tylko letnią odzież. Zamiast tego zostałem skierowany do Milwaukee w stanie Wisconsin. Na nowy teren służby przybyłem w listopadzie. Padał śnieg, a ja byłem tylko w letnim ubraniu. Jednak Jehowa obiecał, że jeśli będziemy troszczyć się najpierw o sprawy Jego Królestwa, to On zatroszczy się o rzeczy konieczne nam do życia, i faktycznie tego samego dnia, kiedy przybyłam, pewna dobra siostra, u której zaparkowałem swą przyczepę mieszkalną, zabrała mnie ze sobą do sklepu i kupiła wszystko, co potrzebowałem z ciepłej odzieży zimowej. W styczniu zrobiło się tak zimno, że musiałem wyjeżdżać w teren z przyczepą i zostawiać ją na ulicy, abym od czasu do czasu mógł się w niej zagrzać, gdy mnie ludzie nie wpuszczali. Kwantum miesięczne wynosiło 150 godzin służby polowej z fonografem, nie mogłem więc pozwolić sobie na opuszczenie żadnego dnia. W Milwaukee byłem około dwóch lat; potem w roku 1939 zmieniono mi przydział służby na Chicago.

W roku 1940, roku nasilonego prześladowania, byłem pionierem ogólnym w mieście Bloomington na terenie stanu Illinois. Wszędzie motłoch dokonywał aktów gwałtu. Ludzie poszaleli; każdy widział w nas czerwonych albo członków piątej kolumny. W owym czasie pracowałem z petycją domagającą się wolności, co było połączone z rozpowszechnianiem broszury pt. „Sędzia Rutherford demaskuje piątą kolumnę”. Ponadto przez trzy miesiące toczyła się przed sądem w związku z moją sprawą walka o uznanie prawa do rozpowszechniania literatury biblijnej na ulicach. Wkrótce potem zostałem wysłany do Lake Forest w stanie Illinois, gdzie nadal trwała walka o wolność wielbienia. Nie wszyscy cenili sobie poselstwo Królestwa i gdy ktoś o mnie doniósł, policja mnie zabierała, ale najczęściej odstawiała z powrotem na teren. Pozostałem tam aż do czterokrotnego opracowania terenu, a następnie otrzymałem zmianę.

Był rok 1942, gdy usłyszałem o Szkole Galaad, a jesienią roku 1943, po konwencji w Minneapolis, znalazłem się tam jako członek drugiej klasy. Pobyt w Szkole wśród tak wielu braci i sióstr był jakby życiem w nowym świecie.

Czekając po ukończeniu nauki w Szkole Galaad na wizę do Kolumbii zostałem wysłany, aby świadczyć w Chicago. W lipcu 1945 roku Towarzystwo wezwało mnie do Brooklynu, gdzie pracowałem do grudnia, kiedy wszystkie papiery potrzebne mi do podróży były gotowe. Wyglądało tam na to, że nikt nie wie zbyt wiele o Kolumbii, lecz misjonarze, którzy już pracowali w tym kraju, dostarczyli niejednej pomocnej wiadomości.

Dnia 20 grudnia 1945 roku przybyłem do Bogoty w Kolumbii, gdzie już czekał na mnie pokój w domu misjonarskim. Zaraz następnego dnia wyruszyłem z jednym misjonarzem, aby nauczyć się głoszenia po hiszpańsku Kolumbijczykom. Na drugi dzień pracowałem już sam. Z początku potrafiłem tylko pokazywać ludziom książki, podać ich cenę i pozwolić im je oglądać; wielu z nich przyjmowało literaturę. Stwierdziłem, że najlepszym sposobem nauczenia się języka było przebywanie z ludźmi, którzy nie rozumieli angielskiego. Przysłuchując się im tak, rozumiałem ich co dzień trochę lepiej. Pierwszy rok był najtrudniejszy, ale później dokonywałem więcej odwiedzin ponownych i przeprowadzałem domowe studia biblijne. Po dwóch latach zacząłem czuć się na przydzielonym mi terenie naprawdę jak w domu. Gdybym nadal myślał o kraju, który opuściłem, nie byłbym szczęśliwy, lecz postanowiłem żyć w Kolumbii zarówno ciałem, jak i duchem, zaprzyjaźnić się z tamtejszymi braćmi i siostrami w prawdzie, wypełnić życie służbą kaznodziejską, i dlatego przydzielony mi teren rychło stał się dla mnie domem.

Po szesnastu miesiącach pobytu w Bogocie zostałem dnia 4 maja 1947 roku wysłany na północne wybrzeże, do Barranquilli. Przed moim przybyciem było tu kilku misjonarzy, a nawet czterech miejscowych głosicieli. We wrześniu następnego roku, gdyśmy się przeprowadzili do innego domu, położonego w śródmieściu, raportowaliśmy trzydziestu głosicieli. Niedługo potem musieliśmy się przenieść do budynku z wielką salą, która mogła z powodzeniem pomieścić dwieście osób. Nawet i ona stała się za mała, więc założyliśmy nowy zbór. Wzrost trwał nadal i niebawem musieliśmy usunąć dwie ściany, aby uzyskać większą przestrzeń, i zorganizowaliśmy trzeci zbór. Mieliśmy też w Barranquilli dużo konwencji, które wielce przyczyniały się do rozrostu dzieła. W styczniu (ubiegłego roku) było tu siedem zborów dzielnicowych z ogólną liczbą ponad pięćset głosicieli i planowaliśmy założyć wkrótce dwa nowe zbory. Spotyka się tu wiele „owiec” Jehowy i jesteśmy Mu wdzięczni, że wysłał nas, abyśmy pomagali w odszukiwaniu i karmieniu ich.

Prawda, że trzeba się napracować, ale ta praca wydaje plony; niezrównanym błogosławieństwem jest widok ludzi, którzy nigdy przedtem nie mieli Biblii, a którzy teraz uczą się o Bogu i Jego zamyśle, oddają się Jemu i zaczynają nauczać o tym innych, krocząc być może ku przywilejom służby pioniera ogólnego czy specjalnego, a następnie szykując się do Szkoły Galaad.

Jehowa tak o nas dba, że jesteśmy w stanie użyć wszystek czas i siły w służbie polowej, dokonywać odwiedzin ponownych, prowadzić domowe studia biblijne, szkolić nowych głosicieli, organizować zbory, pomagać braciom i widzieć, jak dzieło postępuje naprzód. Jakaż to radość spoglądać wraz z siedemnastoma misjonarzami, stu dwudziestu miejscowymi pionierami i dwudziestu dziewięciu zborami o ogólnej liczbie ponad tysiąc głosicieli na rozszerzanie się dzieła teokratycznego w Kolumbii!

Radujemy się także, gdy do Kolumbii przybywają inni, by wziąć z nami udział w głoszeniu „tam, gdzie pilnie potrzeba pomocy”. Dziesięć spośród trzynastu milionów ludności wciąż jeszcze czeka na usłyszenie dobrej nowiny o Królestwie Jehowy. Czy chciałbyś być wśród tych, którzy przychodzą im opowiadać?

    Publikacje w języku polskim (1960-2026)
    Wyloguj
    Zaloguj
    • polski
    • Udostępnij
    • Ustawienia
    • Copyright © 2025 Watch Tower Bible and Tract Society of Pennsylvania
    • Warunki użytkowania
    • Polityka prywatności
    • Ustawienia prywatności
    • JW.ORG
    • Zaloguj
    Udostępnij